Po ciężkiej harówce należy się i taki dzień, a w sumie posiłek. Co robię? Co jem? Jak jem? Akurat w tym tygodniu miałam dwie idealne sytuacje związane z cheat'em. A dokładniej - miesiączka (utrapienie każdej kobiety - jeśli istnieją takie, które nie mają ciężkich okresów, kłaniam się nisko) i impreza.
Ja, zawodowy czekoladoholik, kiedyś nie potrafiłam przeżyć miesiączki bez czeko! Dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj - przeżyłam.... bez. O co się tutaj tak naprawdę rozchodzi? Ano.. chodzi o to, że moja przeszłość związana ze zdrowym i regularnym odżywianiem miała się różnie. Jak pisałam ostatnio, raz się trzymałam, raz odpuszczałam. Od grudnia natomiast jestem wytrwała, trzymam się (poza kilkoma dniami w okresie Sylwestrowym). Co mi to dało? Większą satysfakcję swojego ciała, potrafię wsłuchać się w jego potrzeby i zdecydować czego pragnie bardziej - zdrowia psychicznego i fizycznego, czy czekolady, która ma setki kalorii ( bo na jednej kostce się nie kończyło nigdy....). I otóż TEN moment przedmiesiączkowy jest dowodem na to, że można żyć bez słodyczy. Owszem , w czwartek i piątek miałam mały kryzys, ale świadomość tego, że w sobotę jest impreza... Cóż, trzymały mnie w ryzach, a dwa cheat'y w jednym tygodniu, to zdecydowanie za dużo!
A co z tą imprezą?
Kojarzy się - żarcie, alkohol, brak kontroli... No nie bardzo! Od pewnego czasu stronie od alkoholu i nie pozwalam sobie na zanik samokontroli. Jeśli już, to wino (oczywiście nie cała butelka). Przez całą imprezę piję dużo wody, to pozwala mi na kontrolę tego ile i jak jem. Kiedyś wpadałam na takową party i nie myślałam co robię. Rozmowa się kleiła, alkohol się lał, a ja nawet nie wiedziałam co dokładnie (i ile) nakładałam sobie na talerz. Mądre? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie.
Teraz, nawet jeśli do mojego żołądka trafia majonez, dużo soli i cukrów, porcjuję to sobie. ??? Na spokojnie zaznajamiam się z tym co jest na stole i rozważam, które opcje są "bezpieczniejsze".
Wybieram dania, które dzielę sobie na posiłki, czyli nie zjadam wszystkiego naraz i nie mamlę tego przez całą imprezę, tylko o 17 jem jeden posiłek, o 20 kolejny, a o 22 idę do domu ;D. Oczywiście, w ciągu dnia zachowuję swoje racjonalne żywienie w ryzach.
I co ja chcę Wam przez to powiedzieć? Chcę powiedzieć, że zawsze myślałam, że nie da się wejść w system racjonalnego odżywiania (nie wyobrażałam sobie życia bez czekolady). Teraz wiem, że się da, i mimo że czeka mnie jeszcze długa droga do osiągnięcia celu, to wiem, że warto.
Wszystko jest w naszej głowie. I nie chodzi tu tylko o to, że powiemy sobie "Dam radę". Musimy przemyśleć, co jest ważniejsze w naszym życiu, postarać się wyidealizować przyszłość w trakcie takiego trybu życia, zdrowego trybu życia. Poukładać sobie w głowie cele, podejść na spokojnie do wyzwania - w sumie do lepszego JA.
Jestem osobą o krótkim zapalniku, najmniejsza pierdoła wyprowadza mnie z równowagi, ale ostatnie 3 lata, dało mi takiego kopniaka w tyłek, że nie chcę już żyć tak jak przedtem. Jeśli chcę szczęścia, jeśli chcę do czegoś w życiu dojść, to muszę przestać pieprzyć "Nie mam już sił tak żyć". I jeśli będę do tego podążać rok czy 2, wiem, że w końcu dosięgnę celu. Narzekanie nie dawało mi tej siły - ono mi je odbierało. Każdego dnia zabierało kawałek po kawałku jakąś część mnie. W końcu doszłam do momentu, w którym powiedziałam sobie "Okej, Andzia, jesteś w dupie, jesteś w momencie swojego życia, które Ci trochę odebrało, ale to właśnie ten moment w życiu, kiedy decydujesz co dalej". To on uczy nas najwięcej! To z niego wyniesiemy kolejną lekcje życia, ona da nam większą siłę do działania. Dlaczego? Bo przypominamy sobie moment, w którym byliśmy szczęśliwi i chcemy znowu do tego wrócić!
Jeszcze do niedawna żałowałam decyzji podjętej 3 lata temu (wyjazd do Niemiec), a teraz siedzę i myślę, że było warto. Bo się określiłam. Doszłam do punktu, w którym wiem, czego chcę od życia. Nauczyłam się siebie. Od nowa! I wciąż walczę, bo mam zamiar każdego dnia być lepszą wersją siebie niż poprzedniego dnia.
Chcę, aby każdy kto upadł, podniósł się... Nie, nie ze zdwojoną siłą - z czystą kartą. Jakby wczorajszego dnia nie było. Każdy dzień daje nam szansę na zmianę siebie i swojego życia. Na poukładanie tego całego syfu w głowie od początku. Nawet jeśli będziemy robić to po stokroć, w końcu znajdziemy apogeum, a to otworzy nam wrota do życia, którego zawsze pragnęliśmy.
Życzę nam wytrwałości do celu! Poczekajmy, bo warto :)
Ja, zawodowy czekoladoholik, kiedyś nie potrafiłam przeżyć miesiączki bez czeko! Dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj - przeżyłam.... bez. O co się tutaj tak naprawdę rozchodzi? Ano.. chodzi o to, że moja przeszłość związana ze zdrowym i regularnym odżywianiem miała się różnie. Jak pisałam ostatnio, raz się trzymałam, raz odpuszczałam. Od grudnia natomiast jestem wytrwała, trzymam się (poza kilkoma dniami w okresie Sylwestrowym). Co mi to dało? Większą satysfakcję swojego ciała, potrafię wsłuchać się w jego potrzeby i zdecydować czego pragnie bardziej - zdrowia psychicznego i fizycznego, czy czekolady, która ma setki kalorii ( bo na jednej kostce się nie kończyło nigdy....). I otóż TEN moment przedmiesiączkowy jest dowodem na to, że można żyć bez słodyczy. Owszem , w czwartek i piątek miałam mały kryzys, ale świadomość tego, że w sobotę jest impreza... Cóż, trzymały mnie w ryzach, a dwa cheat'y w jednym tygodniu, to zdecydowanie za dużo!
A co z tą imprezą?
Kojarzy się - żarcie, alkohol, brak kontroli... No nie bardzo! Od pewnego czasu stronie od alkoholu i nie pozwalam sobie na zanik samokontroli. Jeśli już, to wino (oczywiście nie cała butelka). Przez całą imprezę piję dużo wody, to pozwala mi na kontrolę tego ile i jak jem. Kiedyś wpadałam na takową party i nie myślałam co robię. Rozmowa się kleiła, alkohol się lał, a ja nawet nie wiedziałam co dokładnie (i ile) nakładałam sobie na talerz. Mądre? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie.
Teraz, nawet jeśli do mojego żołądka trafia majonez, dużo soli i cukrów, porcjuję to sobie. ??? Na spokojnie zaznajamiam się z tym co jest na stole i rozważam, które opcje są "bezpieczniejsze".
Wybieram dania, które dzielę sobie na posiłki, czyli nie zjadam wszystkiego naraz i nie mamlę tego przez całą imprezę, tylko o 17 jem jeden posiłek, o 20 kolejny, a o 22 idę do domu ;D. Oczywiście, w ciągu dnia zachowuję swoje racjonalne żywienie w ryzach.
I co ja chcę Wam przez to powiedzieć? Chcę powiedzieć, że zawsze myślałam, że nie da się wejść w system racjonalnego odżywiania (nie wyobrażałam sobie życia bez czekolady). Teraz wiem, że się da, i mimo że czeka mnie jeszcze długa droga do osiągnięcia celu, to wiem, że warto.
Wszystko jest w naszej głowie. I nie chodzi tu tylko o to, że powiemy sobie "Dam radę". Musimy przemyśleć, co jest ważniejsze w naszym życiu, postarać się wyidealizować przyszłość w trakcie takiego trybu życia, zdrowego trybu życia. Poukładać sobie w głowie cele, podejść na spokojnie do wyzwania - w sumie do lepszego JA.
Jestem osobą o krótkim zapalniku, najmniejsza pierdoła wyprowadza mnie z równowagi, ale ostatnie 3 lata, dało mi takiego kopniaka w tyłek, że nie chcę już żyć tak jak przedtem. Jeśli chcę szczęścia, jeśli chcę do czegoś w życiu dojść, to muszę przestać pieprzyć "Nie mam już sił tak żyć". I jeśli będę do tego podążać rok czy 2, wiem, że w końcu dosięgnę celu. Narzekanie nie dawało mi tej siły - ono mi je odbierało. Każdego dnia zabierało kawałek po kawałku jakąś część mnie. W końcu doszłam do momentu, w którym powiedziałam sobie "Okej, Andzia, jesteś w dupie, jesteś w momencie swojego życia, które Ci trochę odebrało, ale to właśnie ten moment w życiu, kiedy decydujesz co dalej". To on uczy nas najwięcej! To z niego wyniesiemy kolejną lekcje życia, ona da nam większą siłę do działania. Dlaczego? Bo przypominamy sobie moment, w którym byliśmy szczęśliwi i chcemy znowu do tego wrócić!
Jeszcze do niedawna żałowałam decyzji podjętej 3 lata temu (wyjazd do Niemiec), a teraz siedzę i myślę, że było warto. Bo się określiłam. Doszłam do punktu, w którym wiem, czego chcę od życia. Nauczyłam się siebie. Od nowa! I wciąż walczę, bo mam zamiar każdego dnia być lepszą wersją siebie niż poprzedniego dnia.
Chcę, aby każdy kto upadł, podniósł się... Nie, nie ze zdwojoną siłą - z czystą kartą. Jakby wczorajszego dnia nie było. Każdy dzień daje nam szansę na zmianę siebie i swojego życia. Na poukładanie tego całego syfu w głowie od początku. Nawet jeśli będziemy robić to po stokroć, w końcu znajdziemy apogeum, a to otworzy nam wrota do życia, którego zawsze pragnęliśmy.
Życzę nam wytrwałości do celu! Poczekajmy, bo warto :)


Komentarze
Fotograf/ka